zmarłych pochować, żywych bronić

Bóg wzywa nas do tego, by każde dziecko zmarłe przed narodzeniem miało pogrzeb i miejsce na cmentarzu – przekonują ks. dr Piotr Kieniewicz MIC i Monika Staszewska.

Dlaczego dzieci, które umarły przed narodzinami, na różnym etapie rozwoju, powinny mieć normalny pogrzeb?

Ks. dr Piotr Kieniewicz MIC: A jakby umarła babcia, to też stawialibyśmy takie pytanie? To pytanie bierze się stąd, że zapominamy o tym, że to dziecko jest człowiekiem.

Monika Staszewska: … bo może wyrośnie z niego hipopotam…

PK: … albo żyrafa.

MS: Nie, tego bym wolała nie rodzić.

PK: A na poważnie. Myślę, że problem polega na tym, że my wciąż dyskutujemy o tym, czy to jest człowiek, czy nie jest – kiedy się on zaczyna. A przecież mamy biologiczną pewność, że w organizmie matki rozwija się odrębny – i to powie każdy genetyk – byt. I nie ma wątpliwości, że jest to byt ludzki. Czyli ujmując rzecz krótko: mamy do czynienia z człowiekiem. Gdy zaś człowiek umiera, to trzeba go pochować. To jest sprawa oczywista.

To jest oczywiste teraz. Ale stawiamy takie pytanie, bo przez całe wieki, aż do tej pory, dzieci, które umarły przed narodzinami, chowane nie były. I stąd u wielu ludzi rodzi się pytanie, dlaczego to, czego nie robiono tak długo, ma być robione teraz?

MS: Czasami jest tak, że człowiek nie widzi, że nie robi czegoś, co robić powinien. A gdy już to zauważy, to zaczyna to robić. I my zauważyliśmy, że jest taka grupa ludzi, którzy nie mają godnego pogrzebu.

PK: Rozpoznanie sytuacji, poznanie prawdy rodzi powinność moralną. Jeżeli małe dziecko nie wie, że pierwszym królem Polski był Bolesław Chrobry, to jest to oczywiste. Ale jeśli student trzeciego roku historii nadal tego nie wie, to ten trzeci rok powinien być dla niego ostatnim. I podobnie jest w tym wypadku. Dawniej ludzie nie potrafili trafnie rozpoznać rzeczywistości, musieliśmy do tego dojrzeć. Ale teraz już wiemy, że to nie jest jakaś masa tkankowa; wiemy, że to jest odrębny, choć zależny od matki, człowiek, który rozwija się w organizmie mamy.

Monika Staszewska

MS: A nam jest to trudno zrozumieć, bo jesteśmy przeniknięci dziwacznym myśleniem. Gdy bowiem w dwudziestym czwartym tygodniu rodzi się dziecko, to wszyscy cieszą się, że mamy wybitną naukę, ale kiedy na tym samym etapie życia dziecka ustala się, że jest ono upośledzone, i sugeruje się, żeby je zabić, to wówczas przestajemy mówić o cudownej medycynie ratującej życie dziecka, a zaczynamy opowiadać o jakimś przerwaniu ciąży, przy którym w zasadzie nic się nie stało. A ta granica oceny, czy coś się stało, czy nie – stale się przesuwa. Ja pamiętam, że kiedyś w Polsce, a pewnie i na świecie, dzieliliśmy momenty, w których dzieci przychodzą na świat, na: poronienie, poród niewczesny, przedwczesny, o czasie i po terminie. W tej chwili znikł poród niewczesny, a pozostał tylko poród przedwczesny, o czasie i po terminie. A w miejsce porodu niewczesnego pojawiło się poronienie. I śmiem twierdzić, że to wydłużenie czasu, w którym mówimy o poronieniu, służy także temu, by móc dzieci dłużej zabijać, mówiąc o poronieniu.

PK: Ciekawe jest również to, że gdy umiera takie małe dziecko, to lekarz, który jeszcze całkiem niedawno, choćby podczas badania USG, mówił do jego mamy: „Tu jest Pani dziecko, tu mu bije serduszko, tu rączki, tu główka”, nagle zaczyna mówić o „obumarłej ciąży”, o „masie tkankowej”…

… może on robi to, by zmniejszyć stres kobiety?

MS: Nazwijmy rzeczy po imieniu. Nie chodzi tylko o kobietę, o matkę. Chodzi też o mężczyznę, ojca dziecka. To nie są słowa pociechy dla żadnego rodzica, któremu właśnie zmarło dziecko. Im to w niczym nie pomaga. Wręcz przeciwnie, zwiększa ich ból. Choćbyśmy nie wiem, jak bardzo chcieli wmówić rodzicom, sobie, i całemu światu, że nic się nie stało, i oni i my wiemy, że coś bardzo poważnego nastąpiło. Nie radząc sobie w tej sytuacji, nie potrafiąc pocieszyć, niektórzy mówią, że „będzie Pani, będziecie Państwo mieli następne dzieci”. No i dodają bólu, tym większego, że rodzice nie tylko cierpią z powodu straty dziecka, ale też zaczynają odczuwać schizofreniczność sytuacji, w której się znajdują, w której wszyscy każą im udawać, że nic ważnego się nie wydarzyło.

PK: Jeszcze do niedawna byli mamą i tatą, a teraz się okazuje, że nie tylko nimi nie są, ale i nigdy nie byli.

MS: Ciekawe, że gdyby rzecz dotyczyła śmierci ich pietnastoletniego dziecka, nikomu takie „pocieszanie” nie przyszłoby nawet do głowy. To jedna z tych sytuacji, w których widać, jak bardzo przywykliśmy do zakłamywania rzeczywistości. Ewidentnie mamy problem z nazywaniem rzeczy po imieniu. Notorycznie mówimy przecież o rodzicach, którzy już mają malucha, który się począł, że oni „oczekują na dziecko”. A oni przecież „oczekują narodzin dziecka”, a dziecko już jest.

PK: I niestety trzeba przyznać, że my w Kościele też czasem powielamy taki sposób mówienia, chociażby w modlitwach powszechnych za matki oczekujące potomstwa. Domyślnie chodzi nam o niewiasty oczekujące narodzin swoich dzieci, a wychodzi na to, jakbyśmy modlili się za te, które pragną, by poczęło się w nich nowe życie. Co w sumie nie jest takie złe, tylko nie o to nam chodziło…

MS: Jest jeszcze poważniejszy problem. Znacznie groźniejsze jest stosowanie przez ludzi Kościoła języka medycznego, typu zarodek czy płód. W ten sposób próbuje się udowadniać, że nie jesteśmy zacofani, ale znamy wszystkie te definicje. I efekt jest taki, że nawet w dokumentach kościelnych nie ma mowy o człowieku, a tylko o zarodku, płodzie, embrionie. A przecież nikt nie pisze o „staruchach”, ale o „ludziach w podeszłym wieku”.

ks. Piotr Kieniewicz MIC

PK: Ta przypadłość dopadła nawet naszego ukochanego Ojca Świętego Jana Pawła II, który napisał „List do osób w podeszłym wieku”, a w encyklice „Evangelium vitae” pisał jednak o embrionach. Wiem, że chodziło o to, żeby nie zarzucono autorowi niekompetencji, ale ten język odczłowiecza ludzi na tym etapie rozwoju.

MS: Ale to nie jest jedyny problem. Ja sama łapię się na tym, że kiedy rozmawiam z mamami na przykład o karmieniu dzieci w piątym miesiącu życia, mam na myśli piąty miesiąc od narodzin. A przecież to nie to samo, co piąty miesiąc życia…

PK: … bo jak się ktoś rodzi w piątym miesiącu życia, to niewielkie ma szanse na przeżycie…

MS: Ale o takich rzeczach trzeba pamiętać, właśnie po to, by zmieniając język, dbać o świadomość społeczną i opinię na temat tego, kim jest człowiek.

PK: Ja, po tym, jak uświadomiłem sobie, jak ważny jest język w mówieniu o młodym człowieku, zmieniłem kształt wykładów. I odtechnicyzowałem i spersonalizowałem formę, w jakiej mówię o człowieku na wczesnym etapie jego rozwoju. Chodzi o to, by dzieci nie dehumanizować, ale też nie używać terminów trywializujących ich życie, typu „dzieciąteczko”, „maluszek”. Dzięki temu nabieramy do tych dzieci normalnej relacji, i gdy umierają, zaczynamy je i ich rodziców rodziców traktować absolutnie poważnie. I pomagać im w załatwieniu pogrzebu, tak by mogli autentycznie pożegnać się z dzieckiem, przeżywając żałobę.

To chyba nie jest szczególnie częste?

PK: Niestety nie jest. W załatwianiu pogrzebu często przeszkadzają i lekarze, i duchowni i rodzina. Wszyscy powtarzają tylko, że nic się nie stało. A jednak się stało. Rodzice mieli dziecko, a teraz ono umarło. I trzeba je pochować, walcząc z rozmaitymi poziomami biurokracji.

MS: To bardzo utrudnia przeżycie śmierci dziecka. Kobieta bowiem wie, że coś się stało, ale ponieważ wszyscy tłumaczą jej, że to nic ważnego, próbuje wierzyć w to, że tak jest. I w efekcie robi się jakiś gigantyczny galimatias, który niebywale utrudnia poradzenie sobie z żałobą.

PK: Ale mamy też świadomość, że walcząc o to, by każde dziecko zmarłe przed narodzinami było pochowane, walczymy równocześnie o to, żeby każde dziecko, które ma się urodzić, było traktowane z szacunkiem. Zajmując się pogrzebami dla dzieci, które umarły, walczymy w ogóle o życie dzieci. I dla każdego człowieka.

A czy nie jest tak, że walczycie o normalność dla rodziców tych dzieci. Nie jest przecież tak, że zepchnięcie śmierci dziecka w sferę „nic się nie stało” pozostaje bez znaczenia dla ich dalszego życia.

MS: Na szczęście są już środowiska, które zajmują się tymi rodzicami. Rzecz w tym, żeby ci rodzice tam trafili, i żeby ten problem został zauważony. Ale dla mnie równie istotne są te dzieci, które umarły. Rodzice mają bowiem już kogoś, kto może się nimi zająć (np. portal poronienie.pl), natomiast dziećmi nie zajmuje się nikt. Mało jest ludzi, którzy chcą zadbać o te maluchy. Co jakiś czas pojawia się taka akcja w Białymstoku czy w Szczecinie, czy w innych miastach. W Warszawie profesor Bogdan Chazan regularnie organizuje pogrzeby dzieci, które zmarły przed narodzinami i urodziły się w szpitalu, któremu szefuje. Ale to są pojedynczy ludzie, którzy mogą zapewnić godny pochówek tylko bardzo niewielkiej grupie dzieci.

PK: To jest tylko kropla w morzu potrzeb.

Wczesne tygodnie życia dziecka

MS: Pewnie tak jest, ale niespecjalnie mnie to obchodzi. Walka niespecjalnie mnie zajmuje. Troska, to jest to, o co mi chodzi – jestem kobietą i matką…

PK: Po ludzku rzecz ujmując to, co robimy, jest zawracaniem kijem Wisły. Ale ponieważ myśl o tym, żeby zatroszczyć się o te dzieci zrodziła się na modlitwie, to wiemy, że mamy to robić.

Na modlitwie, czyli jak?

PK: Monika się modliła i Pan Bóg jej to powiedział!

MS: Ja mam z Panem Bogiem taki układ, że On musi do mnie mówić dużymi literami, bo ja słabo rozumiem niuanse. I dlatego ja Go zawsze proszę: Mów do mnie jasno i wyraźnie. Pewnego dnia byłam chora, nie mogłam się skupić na modlitwie. Miałam nawet etap, że jestem beznadziejna, bo zamiast skupić się na modlitwie, to się tak szwendam po domu. W końcu trafiłam do kuchni. I tam Pan Bóg pokazał mi cmentarz. – On jest u Mnie, a u was go nie ma, choć tam być powinien – powiedział do mnie. – Mhm, no nie ma – przyznałam. A później Bóg pokazał mi, co musiał zrobić w moim życiu, żebym ten cmentarz mogła zobaczyć. I jak zrozumiałam, jak byłam prowadzona do tego momentu, to wiedziałam, że coś muszę zrobić.

PK: Jak już Monika ten cmentarz zobaczyła, to zadzwoniła do mnie i powiedziała: bierz kartkę i pisz. Znamy się jeszcze z liceum, niejedną rozmowę odbyliśmy, ale tu poczułem, że dzieje się coś niezwykłego. Zacząłem robić notatki, tekst rósł, aż w pewnym momencie uznałem, że koniecznie trzeba się spotkać i porozmawiać. Ja przygotowałem szkic, zaprosiliśmy kilku księży: liturgistę, dogmatyka i jednego, który był kandydatem do bycia zabitym. I tak powstał większy projekt, w którym jestem jak Aaron przy Mojżeszu – wypowiadam słowa, które nie mnie zostały powierzone.

MS: A ja wciąż mam wrażenie, że trzeba zrobić jeszcze więcej. Bo to, co zobaczyłam, uświadomiło mi, że to my jako Kościół, jako całość, musimy coś zrobić z tymi dziećmi i z tym cmentarzem, który jest u Pana Boga, a nie ma go u nas. My jako Kościół musimy zająć się tymi dziećmi!

A teraz się nie zajmujemy?

PK: Trochę się zajmujemy. Prawo kanoniczne całkowicie jednoznacznie stwierdza, że człowiek jest człowiekiem od momentu poczęcia. I jeżeli ktoś dokonuje zamachu na tego małego człowieka, to automatycznie wyłączony jest ze wspólnoty Kościoła. Prawo liturgiczne uwzględnia również, że jeżeli człowiek umiera przed narodzinami, nieochrzczony – to jest na jego pogrzeb przewidziany specjalny rytuał. Problem jest taki, że edytorsko w konstrukcji ch rytuału pogrzebowego dzieci jest nieco zamieszania, a na wykładach z liturgiki często więcej uwagi zwraca się na pogrzeb dziecka ochrzczonego, niż nieochrzczonego.

MS: A wyjaśnienie jest bardzo proste. Zdecydowana większość pogrzebów odnosi się do dzieci ochrzczonych, bo jeśli dziecko nawet umiera zaraz po narodzinach, to zazwyczaj jest ochrzczone z wody przez bliskich lub personel medyczny. Jeśli zaś grzebiemy dzieci nieochrzczone, to najczęściej są to dzieci, które urodziły się martwe.

PK: To prawda, ale jest też inny problem. Otóż, żeby był pogrzeb, konieczne jest ciało. A jeśli szpital nie wyda ciała – a często ma z tym dziwny problem – to nie da się urządzić pogrzebu. Słowem, jeśli się nie zawalczy o ciało i dokumenty, to nie ma możliwości pogrzebu.

A można zawalczyć?

PK: Prawo świeckie umożliwia zawalczenie o wszystko. Nie tylko o możliwość pochowania dziecka, ale również o zasiłek pogrzebowy, o urlop macierzyński, wolne ze względu na pogrzeb bliskiego itd.

MS: Tyle, że szpital często nie wie, że ma obowiązek wydać ciało dziecka i dokumenty konieczne do jego rejestracji i pogrzebu. Nieliczni wiedzą, że w dokumentacji dla urzędów państwowych nie jest konieczna informacja o masie ciała dziecka, zaś w wypadku wątpliwości odnośnie do płci, można zastosować zasadę domniemania, czyli płeć ustalić mogą rodzice lub lekarz. Dokumentacja urzędowa nie jest tym samym, co medyczna. Osobny problem jest taki, że na załatwienie wszystkiego mamy tylko trzy dni.

PK: Prawo nie stanowi też, i to jest dodatkowe utrudnienie, jakie są sankcje, jeśli szpital nie dopełni tego obowiązku. Nie ma też procedury odwoławczej dla rodziców, jeśli szpital nie dopełni obowiązków. Generalnie jednak i w prawie świeckim i kościelnym wszystko jest OK. Problemem jest świadomość ludzka. A kiedy świadomość już jest, to kłopotliwe staje się egzekwowanie prawa.

Ale jednak mówiliście o tym, że czegoś w Kościele nam jednak, choć prawo jest dobre, brakuje. I mam wrażenie, że to bardzo mocny zarzut. Czego nam zatem brakuje?

MS: Uwewnętrznionej i pełnej świadomości tego, że człowiek jest człowiekiem. I w związku z tym należy mu się pogrzeb.

PK: My, ludzie Kościoła, tak duchowni jak i świeccy, jesteśmy dziećmi swojej epoki i bardzo mocno zindoktrynowała nas kultura świecka, świat. I choć wiemy, że od momentu poczęcia mamy do czynienia z człowiekiem, to jednak, gdy on umiera, a myśmy go nie zobaczyli, to mamy tendencje do lekceważenia jego człowieczeństwa. I usiłujemy się usprawiedliwić brakiem konfrontacji z ciałem tego nienarodzonego człowieka. W rzeczywistości jednak jest to zwyczajna próba ucieczki przed śmiercią i przed cierpieniem. Tego, co nam potrzeba, to ewangeliczny radykalizm i elementarna konsekwencja, która każe nam konsekwentnie potraktować to, w co wierzymy, i o czym wiemy. Jeśli człowiek umiera, to traktujemy go nadal jak człowieka. Jego ciało traktujemy z szacunkiem i nie pozwalamy, by było ono przedmiotem eksperymentów, handlu czy żeby stało się odpadkiem medycznym.

I jeśli dobrze rozumiem, chodzi o to, by każde dziecko, które umarło przed urodzeniem, miało pogrzeb?

MS: To, co Pan Bóg do mnie wtedy powiedział, i o czym później wiele rozmawialiśmy, to coś więcej niż uświadomienie rodzicom, że ich dzieci mają prawo do pogrzebu, że oni mają prawo do pochowania własnych dzieci. Najważniejsze było co innego. Otóż Pan Bóg powiedział mi wtedy: jest grupa dzieci, którymi nikt się nie zajmuje. Kościół jest jedyną instytucją, która się o nie jakoś troszczy, bowiem on jako jedyny jasno stwierdza, że człowiek jest człowiekiem od poczęcia. I dlatego Kościół też powinien zacząć działać, także w wymiarze symbolicznym. Niech wyciąga wnioski z własnego nauczania i chowa dzieci zmarłe przed narodzinami.

PK: Wszystkie dzieci, także te, które zostały zabite przed narodzinami.

Dziewiąty tydzień życia dziecka

MS: Jeśli mamy okna życia dla tych maluchów, których rodzice nie mogą wychować po narodzinach, to może powinno się też stworzyć podobne okna dla dzieci, które już zostały zabite? Przecież lekarz, który tego malucha wyciągnął z organizmu kobiety (żywego lub martwego) musi coś z jego zwłokami zrobić. Musi mieć jakąś umowę z zakładem utylizacji odpadów medycznych, musi je gdzieś zawieść. To czemu nie stworzyć mu możliwości, by zamiast do zakładu utylizacji nie skręcił do takiego okna, w którym zwłoki tego dziecka byłyby odebrane i pochowane. Ja wiem, że to brzmi kosmicznie, nie wiem, jak Pan Bóg chce to zrobić. Sanepid, służby medyczne itd. Ale wiem, że jeśli chce, to jest to możliwe do zrobienia. Pan Bóg jest większy od naszych planów.

PK: Jestem przekonany, że bardzo wielu ludziom wystarczy pokazać, że to się da zrobić. Pokazać księżom, z czego mają korzystać w rytuale. Zaproponować im, by porozmawiali z władzami szpitali na terenie swojej parafii na temat odbierania dzieci zmarłych przed narodzeniem. Masz kolegę, który ma cmentarz, urządźcie tam kwaterę dla tych dzieci. A na koniec cudownie byłoby, gdyby – choć to długa droga, bo wszystko musi przejść przez komisję liturgiczną, episkopat i Watykan – pojawił się odrębny rytuał. Ale plan takiego rytuału już jest, został przekazany biskupom.

Macie świadomość, że to dla wielu propozycja kosmiczna?

PK: Ja jestem księdzem zakonnym, więc zaczęliśmy od spotkania z moim prowincjałem. I dla niego to, co mu powiedzieliśmy, było oczywiste. – To jest bardzo ważne – powiedział mi. – Zdecydowanie zajmuj się tym dalej – dodał. Jeśli coś takiego mówi do mnie przełożony, to jest to mocny przekaz. I wiem, że ma to iść dalej. Rozmawialiśmy też z ojcem Andrzejem Rębaczem, szefem Krajowego Ośrodka Duszpasterstwa Rodzin. On także zaprosił nas na ogólnopolskie spotkanie duszpasterzy rodzin. I mogliśmy o tym mówić. Tam rozmawialiśmy z biskupem Kazimierzem Górnym, który zachęcił nas do przygotowania materiałów dla księży i biskupów. Rozmawialiśmy też z arcybiskupem Kazimierzem Nyczem. I za każdym razem widzimy, że gdy się porozmawia z ludźmi, to dla nich sprawa staje się oczywista.

MS: Arcybiskup Nycz stwierdził nawet, że byłoby całkiem prosto przeprowadzić tę sprawę. W zasadzie wystarczyłoby powołać w diecezji odpowiedniego kapelana, i on kontaktowałby się ze wszystkimi oddziałami położniczymi. I odbierać ciała, czuwać nad tym.

PK: Przygotowaliśmy odpowiednie materiały i każdy biskup imiennie je otrzyma. W tych materiałach jest informacja, co już można zrobić, a co trzeba zrobić dalej.

Czwarty miesiąc życia dziecka

PK: Chodzi o projekt maksimum?

Tak.

MS: Nie chodzi tylko o to, żeby dzieci mogły być pochowane, a rodzice mogli to zrobić. Chodzi o coś więcej, o to, żebyśmy w nienarodzonych rzeczywiście i w pełni, także w praktyce, a nie tylko w teorii, dostrzegli człowieka. I zaczęli go traktować jak człowieka, w mowie, w nauce, w działaniu.

PK: Potrzebna jest informacja, formacja i interwencja. To są trzy kluczowe obszary. Na pierwszym poziomie chodzi o informację dla rodziców, i dla wszystkich, którzy mogą stykać się z tym problemem. I z tym będzie najprościej. Trudniej będzie z formacją, bo ona ma dotyczyć każdej grupy zawodowej, która wpływa na ludzką świadomość i na traktowanie tych dzieci. Na uniwersytetach medycznych, w administracji wszelkich szczebli – trzeba o tym zacząć otwarcie mówić. Zacząć trzeba od seminariów, gdzie ten temat powinien się pojawiać na wykładach z medycyny pastoralnej, z teologii pastoralnej czy nawet z prawa kanonicznego.

MS: Ale nie wolno zapominać także o katechezie. Dzieci w szkole nie powinny słuchać o embrionie, ale o dziecku, człowieku. A jeśli ktoś chce być bardzo naukowo poprawny, niech mówi o dziecku na embrionalnym etapie rozwoju.

PK: Gdy w tym roku zmodyfikowałem wykłady właśnie w takim kierunku, wyrzucając z nich naukowo-techniczną, a szkodzącą prawdzie zdepersonalizowaną terminologię, studenci przyjęli to bardzo pozytywnie. Ich odbiór był świetny. Widzimy też, że ludzie chcą o tym mówić i słuchać, i że przyjmują te twierdzenia, bo gdzieś w głębi czują, że to jest prawda.

A co z interwencją?

PK: Tu najtrudniejsza rzecz jest już zrobiona. Mamy mechanizm prawny, który pozwala się zatroszczyć o dzieci. Trzeba jednak pomóc rodzicom, czy innym ludziom, którzy chcą zająć się tymi dziećmi. Potrzebny jest ktoś, kto poprowadzi ich za rękę i pomoże załatwić sprawy. Ktoś, kto przypomni księżom czy urzędnikom, co mają obowiązek zrobić.

MS: Ale chcemy też objąć opieką i pomocą kobiety, które rodzą dzieci nieżywe. One często nie mają prawa do tego, by ktoś im towarzyszył, by im pomagał. Zdarza się, że gdy dziecko jest malutkie, to pani na oddziale ginekologicznym dostaje słoik na wypadek, gdyby „coś się miało stać”. I to są warunki, w jakich rodzi się człowiek. To także trzeba zmienić.

Celem ostatecznym, maksimum jest zatem to, żebyśmy mieli – my wszyscy – świadomość, że każdy człowiek jest człowiekiem. A w związku z tym przysługują mu wszystkie prawa?

PK: Tak, nade wszystko prawo do uszanowania jego człowieczeństwa, jego godności. Nieważne, czy ten człowiek ma dzień, dziesięć tygodni, osiemnaście czy dziewięćdziesiąt lat. Nie wolno ludzi zabijać, a gdy ktoś umiera, to naszym obowiązkiem jest go pochować. A skala jest ogromna. Tylko w Polsce szacuje się, że jest od 40 do 60 tysięcy osób, którym odmawia się prawa do pogrzebu, do nazwiska, do zaistnienia w dokumentach państwowych.

I pomodlić się za niego?

PK: Oczywiście. Ale tu jest lepiej, choć wciąż jest jakaś niewielka grupa księży, którzy tego nie rozumieją. Im trzeba pomóc, wyjaśnić im z miłością, choć stanowczo, o co chodzi, i co mówi na ten temat prawo litugiczne. A ono jest całkowicie oczywiste. Jeśli umiera dziecko, i ono jest ochrzczone, to ma zwyczajny pogrzeb – z trzema stacjami: w domu, w kościele, na cmentarzu. Kapłan jest w kolorze białym, a Msza święta jest sprawowana w intencji rodziców, bo dziecko jest ochrzczone, wobec czego będzie zbawione, bo nie miało jak zgrzeszyć. W przypadku dziecka nieochrzczonego niektóre modlitwy są zmienione, bo sytuacja jest nieco inna, ale jest taki formularz Mszy świętej dziecka ochrzczonego, który wolno zastosować w przypadku pogrzebu dziecka nieochrzczonego. Wyznaje on wiarę w zmartwychwstanie, są w nim trzy stacje, a różnica jest tylko jeśli chodzi o intencję. Modlimy się bowiem w intencji dziecka i rodziców. Kolorem liturgicznym też jest kolor biały, a Słowo Boże mówi nam wówczas, że Pan Bóg kocha dzieci, i ostrzega „baczcie, abyście nie gardzili żadnym z tych małych”. Pan Bóg stoi po stronie dzieci. I wobec tego, jestem przekonany, że jeśli Pan Bóg powołał dziecko do istnienia, a potem je zabrał, to się o nie zatroszczy. Taka jest zresztą wymowa dokumentów Kościoła.

A co w tej sprawie może zrobić zwyczajny człowiek, nie urzędnik, nie ksiądz?

PK: Niech zacznie mówić o tych dzieciach jako o ludziach. Język jest kluczowy. Niech nie pocieszają głupio, kiedy takie dziecko umiera. Najgorsze, co może być, to opowiadanie, że będą mieli następne, i że lepiej teraz niż później.

MS: Warto też poszukać w internecie wiadomości na ten temat – prawnych czy psychologicznych, by wiedzieć, jak się zachować w takiej sytuacji.

PK: Kiedy spotykam się z sytuacją śmierci dziecka, to staram się pomóc rodzicom, dodać im ducha, a kiedy trzeba, to samemu pochować takie dziecko. O pogrzeb zresztą każdy może się zatroszczyć. Warto wiedzieć, że prawo polskie przewiduje, że jeśli ktoś chowa osobę obcą, której nikt nie chce pochować, to przysługuje mu zwrot rzeczywistych kosztów pogrzebu. Jeśli zatem stajemy przed taką sytuacją, to jest to pytanie, które Bóg kieruje do nas: Czy chcesz? Czy chcesz pomóc? A do tego (w gruncie rzeczy – przede wszystkim) każdy z nas może się pomodlić.

Z Moniką Staszewską i ks. dr. Piotrem Kieniewiczem MIC rozmawiał Tomasz P. Terlikowski

Ks. dr Piotr Kieniewicz MIC – księdz, zakonnik (marianin), naukowiec (teolog moralista). Monika Staszewska – położna, doradca laktacyjny. Więcej na temat akcji http://xpk.kienio.com/Main.html

Wywiad ukazał się w portalu internetowym www.fronda.pl

Jedna odpowiedź na „zmarłych pochować, żywych bronić

  1. Maciej pisze:

    Bóg wzywa nas do tego, by każde dziecko zmarłe przed narodzeniem miało pogrzeb i miejsce na cmentarzu .

    piękna idea.
    Ale …nie wszyscy rodzice tego chcą. Nie wszystkich stać. Finansowo.
    Bo to tylko robi ruch na cmentarzu. A ten ruch jest kosztowy, niestety.
    ZUS nie dopłaci.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *