świadectwa

Jesteśmy po ślubie prawie 30 lat! Kawał czasu! Przez ten okres wiele lat musieliśmy się docierać, pokonywać wiele trudności… Największa bolączką młodego małżeństwa był brak mieszkania. Przez 11 lat mieszkaliśmy u moich rodziców… Z ojcem alkoholikiem i despotą… W małym 12 metrowym pokoju przychodziły na świat nasze kolejne dzieci. Kiedy zaszłam drugim dzieckiem w ciąży – rodzina męża nie mogła się nadziwić, że już drugie?! Starszy syn miał prawie 2 lata, gdy urodził się drugi. Pomimo starań (naturalnych) po czterech latach znowu zaszłam w ciążę… Wszyscy oczekiwaliśmy na dziewczynkę, ale urodził się znowu chłopak. Zresztą zupełnie nieoczekiwanie przyszedł na świat w domu, kiedy męża akurat nie było ze mną… Pamiętam doskonale ten moment, kiedy leżał obok mnie i płakał bardzo cichutko i mało. Był siny i bardzo mi było szkoda tego maleństwa. Bardzo się bałam, żeby był zdrowy…

Dzieci trochę podrosły, kiedy znowu okazało się, że jestem w ciąży!!! To był dla nas ogromny szok! Nie umieliśmy przyjąć od początku tej radości! Nie w takich warunkach! Nie w 12 metrach kwadratowych i nie na głowie rodziców!!! I żadnych szans na mieszkanie!!!

W końcu podjęliśmy decyzję – usunę ciążę! Długo nie mogłam się do tej myśli przyzwyczaić… ale nie widziałam innego wyjścia! Dojrzewała ta myśl w głowie chyba ze

2 tygodnie… „Zdecydowana” na morderstwo szłam do lekarza jak na ścięcie głowy…

To była najdłuższa droga jaką w życiu przeszłam – choć zwykle pokonywałam ją w 20 min. Modliłam się, żeby Pan Bóg znalazł jakieś wyjście za mnie… Następna wieczność w poczekalni przed gabinetem… i wejście… i wytłumaczenie lekarzowi z czym przychodzę… To były najcięższe godziny w moim całym życiu – tak to oceniam teraz, gdy mam już bagaż życiowy dużo bogatszy. I słowa lekarza, na które czekałam w głębi serca: „Ja nie mogę pani pomóc i nie wiem kto może to zrobić”. Lekarz wypowiedział to bez potępiania mnie, w sposób ciepły i współczujący. Chociaż nie usłyszałam wyroku i konkretnej decyzji to jednak jakoś mi ulżyło!!!

Wracałam do domu z takim samym ciężarem, ale gdzieś tam kiełkowała nadzieja,

że jakoś się ułoży… W sumieniu został jednak ślad: chciałam zabić własne dziecko! Ja je zabiłam w sercu! Za każdym razem kiedy przytulałam moje dzieci – przychodziła ta myśl: zabiłaś swoje maleństwo! Pomimo spowiedzi niepokój pozostał… Trzy tygodnie później poroniłam. Moi chłopcy zachorowali na różyczkę i lekarz powiedział, że to był powód poronienia (chyba to miała być dziewczynka!). Co wtedy czułam? Wcale nie czułam pokoju! Nie byłam winna tego poronienia, a jednak długo rozmyślałam nad sobą… Pomyślałam sobie, że to Bóg chciał mnie doświadczyć trochę na moje własne życzenie. Dokładnie pół roku później znowu byłam w ciąży i wcale nie było to dla mnie wstrząsem!!! Nawet czuliśmy oboje radość!!! A warunki mieszkaniowe wcale się nie polepszyły!!! Pamiętam reakcję mojego Taty kiedy już było dobrze widać rosnący brzuch: „I tym sobie polepszysz życie?” Niemal każdego dnia za plecami słyszałam szepty sąsiadów i tych, którzy mnie znali: „Taka wykształcona, a dała sobie zrobić czwarte dziecko”. Urodziła się córka. Nasza upragniona córeczka! Przez całą ciążę modliłam się, żeby dziecko było zdrowe… i żeby Pan dał nam córeczkę! Rodziłam ją z różańcem w ręku, bo były małe problemy z porodem. Dziś ma już 18 lat. Gdy miała półtora roku dostaliśmy mieszkanie, mąż dostał pracę… I chociaż ciężko, ale byliśmy zadowoleni z życia. Powoli osiągaliśmy swoje marzenia…

Kiedy 14 lat temu podejmowałam pierwszą duchową adopcję dziecka poczętego

w myślach ofiarowałam ją jako wynagrodzenie za tamto, które w sercu zabiłam… Pan Bóg pozwalał mi przeżywać jeszcze i to, że wiedziałam kiedy „moje dziecko” ma się narodzić. Po pierwszej adopcji przyszła druga… trzecia… I bardziej już z przyzwyczajenia, a może i z głębokiej wiary w modlitwę, kolejne duchowe adopcje. Na 13 – przestałam liczyć. Dziś gdy się zastanawiam i myślę, że teraz mam chyba pod opieką 19 albo 20 dziecko. Ale czy to jest ważne ile??? Mam mocne przekonanie o celowości tego co robię! I to jest najważniejsze!

Myślę, że Pan Bóg przebaczył mi, bo otrzymuję wiele łask. A moje przeżycia pewnie były potrzebne, aby nie potępiać nikogo. Nawet tych, którzy wykonali wyroki na własnym potomstwie.

/autor zastrzegł sobie podawanie swoich danych/

***

Poznali się 18 lat temu. Rok później wzięli ślub, realizując wspólne plany kupili mieszkanie, działkę, wspólnie pracowali na wyposażenie domu. Małżeństwo, którego celem byłoby dużo osiągnąć, w tym związku jedno drugiemu nie pozwalało się potknąć.

Jeden dzień z tamtych styczniowych zapisał się w ich życiu najbardziej, właśnie wtedy miało się wydarzyć coś niecodziennego, coś pięknego.

– Jestem w ciąży – lekko drżący głos wbił się w panującą ciszę, tnąc gęstą od emocji atmosferę.

– Jjjaakk, słuucham? – mężczyzna oparł głowę na dłoni.

– Byłam u lekarza, to pewne… – dodała, po policzkach spłynęły łzy.

– Nie płacz kochanie, poradzimy sobie, to wspaniała nowina – wyszeptał i delikatnie wstał od chyboczącego się stołu. Z nieśmiałym uśmiechem na twarzy objął żonę ramieniem.

Na początku nie wiedzieli, co robić. Żadnych perspektyw na normalne życie – marzenie o dobrej pracy i wykształceniu prysło, pojawiło się zobowiązanie i lekcje życia z odpowiedzialności. Z każdym kolejnym dniem przybywało problemów, rosła również miłość do maleńkiej istotki i przywiązanie do części ich – niby całości stanowiącej odrębną jednostkę.

Nawet szczęście można zniszczyć.

– Mała rozwija się prawie prawidłowo – powiedział lekarz mierząc młodych ludzi.

– Prawie? – głos mężczyzny łamał się pod wpływem narastającego strachu.

– Nie będę ukrywać, podejrzewam niedorozwój mózgu, poszczególne części ciała są w normie, ale dziewczynka będzie upośledzona umysłowo. Cios w serca ludzi, którzy zrezygnowali ze wszystkiego na rzecz stworzenia prawdziwego domu..

Głos lekarza, taki stanowczy, pozbawiony jakichkolwiek uczuć, tak jakby była to dla niego nic nieznacząca, tylko kolejna wizyta ludzi, którym świat właśnie się zawalił.

– Wiem, że wychowanie takiego dziecka jest trudne, a wy jesteście młodzi… Byłbym za usunięciem tej ciąży, jakkolwiek to teraz brzmi, takie rozwiązanie wydaje mi się najlepsze.

Cisza.

Ta kobieta ani przez chwilę nie dopuściła do siebie możliwości aborcji. Zdecydowała się urodzić, wraz z mężem ponieść trud związany z wychowaniem. 21 marca w szpitalu w Braniewie przyszła na świat 4 kilogramowa dziewczynka, której nikt nie dawał szansy na normalność.

Dziś mam 15 lat. Szybko mi to zleciało, przedszkole, ”pierwsza miłość”, zerówka, pierwszy rowerek, pierwszy samodzielny powrót do domu, a potem z dnia na dzień ”mała córeczka” zmieniała się w ”dużą dziewczynkę”.

Pierwsza para firmowych jeansów, pierwszy zakup upatrzonego ubrania, pierwszy makijaż, pierwsza dyskoteka, pierwszy telefon, pierwszy numer. Pierwsze zauroczenie, pierwsza i ostatnia miłość.

Wiem, dużym dziewczynkom nie wolno płakać, ani wchodzić w kałuże. Dużym dziewczynkom nie wolno się głośno śmiać, duże dziewczynki muszą być silne, idealne i opanowane. Żadnej spontaniczności. Ja jestem małą kobietką, u której kiedyś stwierdzono niedorozwój mózgu. Pomyłka lekarza? Bardzo chciałabym go teraz spotkać i pokazać, że umiem wyrecytować alfabet, a tabliczkę mnożenia mam w małym paluszku, że mam chłopaka, normalne życie, że jestem inteligentniejsza od niektórych i powiedzieć, że aborcja to żadne rozwiązanie.

”Prawo do życia nie jest tylko kwestią światopoglądu, nie jest tylko prawem religijnym, ale jest prawem człowieka.”

/ Jan Paweł II (Karol Wojtyła)/

Autor: Milagros142006

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *